sobota, 27 grudnia 2014

Aż po grób...


- Zostało nam w takim razie jeszcze Wieszyno. – rzekłam do M., opychając się rogalikiem maślanym kupionym w Biedronce w Dębnicy Kaszubskiej. Ruszyliśmy ze Stanięcina, w którym nie znaleźliśmy ni śladu starego folwarku figurującego nie pomnę już gdzie – na mapie czy w artykule przeczytanym w Internecie. Do Warblewa szło dość dobrze, choć nie do końca gładko i raczej wąsko. W Warblewku zatrzymałam się na poboczu, pozwalając na to, by M., przy pomocy GPS-a w tablecie, miał szansę odbudować walające się tu i ówdzie po aucie szczątki męskiej godności. W rzeczywistości nie do końca wiedział jak jechać dalej. Cofnęliśmy się do początku wsi i M. uznał, że możemy zaoszczędzić trochę czasu i kilometrów, wybierając jakąś polną drogę i rezygnując tym samym z objazdu. Nie protestowałam, choć wrodzony sceptycyzm poruszył się niespokojnie pod czaszką, przypominając mi o swoim istnieniu. Zjechaliśmy z asfaltu na dróżkę nie wychwytywaną przez GPS. Było późne popołudnie.
Staramy się nie być „statystycznymi Kowalskimi”. W nielicznych wolnych dniach w miesiącu, które możemy spędzić razem, nie skrywamy się pod kożuchem lenistwa i obojętności. Najczęściej gdzieś pędzimy, lecimy, jedziemy, gdzieś nas ciągnie, coś chcemy zobaczyć, czegoś nowego doświadczyć, pooddychać innym powietrzem, postawić nogi na nieznanej dotąd ziemi, wrócić wzbogaconym, zainspirowanym, odświeżonym, choć nierzadko zmęczonym przecież. Tamtego weekendu zrobiliśmy sobie objazdówkę po okolicznych wioskach skrywających ciekawe zabytkowe pałace, dworki, miejsca pamięci, itd. Trochę czasu spędziliśmy nad jeziorem w Krzyni, a potem ruszyliśmy w kierunku kilku innych zaznaczonych na mapie punktów. Wieszyno, z ładnym kościołem, pałacem i grobami dawnych właścicieli ziemskich, było ostatnim z nich.

Zatrzęsło. Samochód powoli, aczkolwiek wytrwale wspinał się lekko pod górę, pokonując nierówności terenu. 20 km/h. Po obu stronach drogi widok jak z obrazka. Pagórkowata przestrzeń, złote łany kłosów, majaczący gdzieś w oddali czerwony ciągnik, tu i ówdzie soczysto zielone linie drzew rozdzielające dawniej majątki, chylące się ku zachodowi słońce rozlewające na ten cały uroczy landszafcik pomarańczowy blask. I gdzieś pośrodku tnący bezwzględnie ową bukoliczną scenerię dziwny kruk, prący do przodu niczym czarnoskóry Mojżesz, pod stopami którego rozstępuje się morze żyta. Element niepasujący do ogółu, kłócący się z widokiem, profanujący go, odzierający z niewinności, w sielankowość wprowadzając wulgarność, brudny i plugawy – nasz samochód.

Wkrótce kocie łby ustąpiły miejsca ubitej ścieżce, a rozmowa – ciszy. Warkotał tylko silnik, nieszczęśliwy, bo nieprzyzwyczajony do takiego wysiłku. Warkotał, rzęził, kaszlał, zdychał. 10 km/h. Tuż za autem w powietrze wzbijał się tuman pyłu. Mój sceptycyzm rozbudził się całkowicie i zaczął łazić w tą i z powrotem, waląc od czasu do czasu pięścią w korę mózgową. Wykrzykiwał do tego jakieś niecenzuralne zwroty pod adresem moim i M. Później złapał wiertarkę udarową i zaczął drążyć dziurę w mojej biednej głowie. Wyleciały mi przez nią wszystkie myśli, oprócz tej o dotarciu do celu bez uszkodzenia auta.

Bujna polna roślinność, egzystująca hardo na skraju drogi, wykazywała daleko idącą agresję względem Toyoty. Ta, nieustannie zaczepiana, smagana jakimiś bylinami, podskakująca na korzeniach i kamieniach, wpadająca kołami w doły, kołysana i rzucana na boki, nie miała nawet gdzie uciec. Zagoniona w pułapkę, nie mogąc się już wycofać, zmuszona została do powolnego posuwania się do przodu. GPS wymiękł. M. osłabł. Zacisnęłam usta. Połączyła nas bezgłośna modlitwa o zachowanie w całości zbiornika na olej napędowy. Byle dotrwać do końca drogi, byle Tośce nic się nie stało.

M. rzucał od czasu do czasu łagodnie: „Spokojnie”, „Zjedź teraz trochę na prawo”, „Jeszcze tylko kawałek”. Choć nie mówił nic poza tym, wiedziałam, że jest wściekły na siebie za wybór tej właśnie drogi. A jeszcze bardziej był przerażony odgłosami stukania i pukania o auto, jakie zapewniały nam gałęzie i polne kamienie. Nie odzywałam się. Nie byłam zła, raczej skoncentrowana na zadaniu.

Nasz mały koszmar rozgrywający się w tej idyllicznej scenerii trwał 20 minut. Gdy ujrzeliśmy rozwidlenie dróg, odetchnęliśmy. Ubitą i szeroką ścieżką dojechaliśmy pod ogrodzenie kościoła w Wieszynie. Obok znajdował się cmentarz. Wysiedliśmy. M. objął mnie i przeprosił. Facet przepraszający kobietę. I to pod kościołem! Że nie wiedział, nie mógł przewidzieć. Przemknęło mi przez myśl, że dla tej chwili było warto… A tak poważnie, to troszkę wyczerpaliśmy się psychicznie. A Tośka wyglądała jakby właśnie ukończyła etap Rajdu Dakar.

Obeszliśmy kościół, porobiliśmy zdjęcia. Słońce wysyłało w naszym kierunku ostatnie promienie. Podobno gdzieś w pobliskim lesie znajdowało się miejsce pochówku przedstawicieli rodu von Goerne. Nie wiedząc w jakim kierunku rozpocząć poszukiwania, zapytaliśmy młodego rowerzystę w dredach, przybywającego właśnie ze strony Warblewka tą ścieżką, którą przed momentem sami mieliśmy przyjemność komfortowo podróżować. Chłopak kojarzył groby, sam się całkiem niedawno o nich dowiedział. Zsiadł z wehikułu i podprowadził nas do ścieżki leśnej skręcającej w lewo tuż za murami cmentarza. W swej krótkiej i raczej niekoniecznie barwnej opowieści, brzmiącej bardziej jak bełkot zjaranego, nazwał poszukiwane przez nas groby „randomowym czymś”. Skonsternowani, czując, że na płaszczyźnie intelektualnej dzieli nas przepaść, a do przepaści prowadzi droga zdecydowanie gorsza od tamtej polnej, grzecznie podziękowaliśmy i zeszliśmy z głównego traktu.

Szliśmy długo, mijając setki drzew oraz jakieś wąwozy i rozglądając się uważnie za granitowymi kamieniami wyznaczającymi miejsce pochówku von Goerne’ów. Gdy wkurwieni wracaliśmy tą samą trasą jakieś pół godziny później, słońce zaszło już całkowicie. Grobów nie znaleźliśmy. Nasz „randomowy przyjaciel” albo nam mocno naściemniał, albo faktycznie pozostawał w jakiejś nienaturalnej ekstazie, gdy widział kamienie po raz pierwszy. Wracając autem przez wieś, zahaczyliśmy jeszcze o dość nieźle zachowany pałac i wróciliśmy do domu.

Von Goerne’owie nie dawali nam jednak spokoju. M. wieczorem sprawdził na mapie dokładne położenie ich miejsca pochówku. Znajdowało się w lasku w zupełnie przeciwnym kierunku, aniżeli ten, który wskazał nam cholerny autochton. Całkiem niedaleko od kościoła. Dotarliśmy tam na drugi dzień. Tym razem jadąc od strony zabudowań, ma się rozumieć, a nie Warblewka.

Razem aż po grób” - to określenie po tamtej przygodzie nabrało dla nas zdecydowanie nowego znaczenia.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz